[new][carousel][6]

czwartek, 2 lutego 2017

Mollie Potrafi - magazyn inspiracji handmade.

06:33:00
- Z czym kojarzy ci się "Życie na gorąco"? - pytam mojego M i nie jest to pytanie podchwytliwe.
- Z gorącym życiem, życiem w gorącu? - odpowiada bez zastanowienia.
Proszę by bardziej się postarał.
- Z gazetą, plotami i programem telewizyjnym?

Nigdy nie interesowały mnie newsy i ploteczki, lecz do refleksji nad polskimi gazetami zmusiła mnie niedawno Aleksandra Klisko w artykule "Jak kobiece magazyny ogłupiają Polki", który serdecznie polecam. Można by rzec, że przypomniała mi o branży prasowej, na którą dawno temu rzuciłam filtr o nazwie: ignoruj. Wprawdzie będąc nastolatką kupiłam kilka numerów Brawo Girl, lecz szybko uznałam to za stratę pieniędzy. Przez długi czas nie znalazłam czasopisma, które zwróciłoby moją uwagę, aż do momentu Mollie Makes.

Mollie Makes - dosłownie oszalałam na jej punkcie!

Jest to anglojęzyczny miesięcznik z wielką porcją inspiracji, w którego zdjęciach szybko się zakochasz. Znajdziesz tu "przepisy" na: szydełkowe etui, dywany, filcowe torebki lub ozdobne torby na zakupy, szydełkowe misie, potworki i lale, wianki, czapki, poduszki, sukienki, rękawiczki, ubranka dla niemowląt i wiele innych. Dodatkowo do czasopisma dokładane są wspaniałe gratisy np. zestaw do zrobienia pluszowych dekoracji, filcowych zwierzątek, szydełko z włóczką czy zestaw guzików. Dzięki takim wyszukanym prezentom, mamy okazję wypróbować nową technikę rękodzielniczą bez wydawania majątku.

Aby nie było tak kolorowo ośmielę się stwierdzić, że Mollie Makes jest w Polsce na tę chwilę wręcz nieosiągalna. Jedyny sklep, w którym udało mi się znaleźć zadowalający wybór Mollie to Craftoholicshop, lecz najnowsza gazeta to numer 68, gdzie za granicami wydano właśnie 76. Z wielką rozpaczą kontaktowałam się ze sklepami internetowymi Kiosk24 czy Empik z pytaniem o dostępność i możliwość zamówienia, z przykrym skutkiem. Czytając fora i grupy facebookowe odniosłam wrażenie, że Polki Mollie Makes lubią, znają i czytają, lecz pewnie w większości mieszkają poza granicami kraju.
Jeśli Cię zainteresowałam zajrzyj na blog Mollie Makes.

Polska Mollie Makes czyli Mollie Potrafi

W 2014 roku doczekaliśmy się pierwszego polskiego numeru Mollie Makes - Mollie Potrafi. Specyficzna okładka, którą zachwyciliby się miłośnicy recyklingu oznacza, że idea oryginalnej wersji z USA została zachowana. Taka tylko trochę cieńsza i bardziej elastyczna. Zawartość wydrukowana jest na cienkich, śliskich kartkach odbiegających od szorstkich, nieco grubszych z oryginału.
Treść często jest żywcem tłumaczona, więc znajdziemy tu takie same genialne projekty jak w Molly Makes. Mam nadzieję, że w przyszłości, przeczytam więcej treści o naszych polskich rękodzielniczkach. Czyżby nie chciały dzielić się swoimi pomysłami? Czyżbyśmy nie mieli takich, które chętnie napisałyby ciekawy artykuł? Poza tym do gazety nie są dodawane żadne gratisy, które wychwalałam w Mollie Makes. Z uwagi na ten fakt, nadal szukam dostępu do anglojęzycznej wersji.

Gdzie kupić naszą Mollie?

Mollie Potrafi kupuję na stronie wydawcy w Ulubionym Kiosku. Wydanie papierowe kosztuje 12zł, elektroniczne 8zł. Przesyłka na terenie Polski jest darmowa. Ponadto, ci, którzy jeszcze nie byli klientami Ulubionego Kiosku mogą skorzystać z 50% rabatu na jedną wybraną gazetę. Wystarczy w podsumowaniu zamówienia zaznaczyć "posiadam kod rabatowy" i wpisać: PUK501994. Nie musi być to Mollie, możesz wybrać "Szydełkowanie dla początkujących", które także polecam.

Korzystając z okazji wspomnę jeszcze o fanpage'u fecebookowym polskiej wersji Mollie, który polubiło już ponad 27 500 osób. To niezły wynik, choć udostępnioną treścią jestem trochę zawiedziona. Za mało inspiracji, za mało postów, brak dyskusji. Taki sobie jest, zaniedbany. Sądzę, że ruch byłby większy, gdyby ktoś odpowiedział dziewczynom, które wrzucają zdjęcia swoich prac w komentarzach. Jest to przecież świetna okazja do rozmowy z czytelnikami. Przecież wśród nich na pewno są takie, o których warto napisać. 

wtorek, 24 stycznia 2017

Oryginalna biżuteria - zawieszka z nakrętek.

05:54:00
W świecie, w którym wszystko można kupić, handmade staje się coraz bardziej popularny. Sama temu trendowi ulegam coraz bardziej. Zagłębiając się w świat szydełkowania, haftowania czy decoupage z uśmiechem na ustach twierdzę, że odkrywam w sobie człowieka sprzed tysięcy lat. Kobietę, która jak sama nie wytworzyła, to nie miała. Dostępność wszystkiego w dzisiejszych czasach zaczyna mnie przytłaczać. Nie dziwię się tym, którzy próbują sami projektować ubrania lub szukają swojego stylu. Od dwóch lat snuję się po sklepach i mam problem z kupieniem czegokolwiek. Zaczynam się zastanawiać czy moda momentami nie żartuje sobie ze mnie stawiając przed pytaniem: ubierzesz się w to, gdy wmówię ci, że to modne? 
W jednej z gazet, o której napiszę następnym razem znalazłam ciekawy projekt zawieszki z nakrętek. Oryginalna, jedyna w swoim rodzaju i co najważniejsze zrobiona samodzielnie. Kotwica, kwiatek, choinka, chmurka? Ogranicza mnie tylko wyobraźnia i to uczucie kocham. 

Potrzebować będziesz: nakrętki (kupiłam 4-milimetrowe na wagę w małym sklepiku ze śrubkami i zapłaciłam 4zł za ponad 200szt.), mulinę, igłę, nożyczki. Do dzieła!

1. Ułóż wymyślony wzór.
2. Nawlecz mulinę na igłę. Na pierwszej nakrętce zawiń nitkę 2 razy i zawiąż supełek. 
3. W następnych nakrętkach przewijaj mulinę 2 razy przez każdy z boków.
4. Kończąc wsuń mulinę pod spód i zawiąż supełek. 

niedziela, 13 listopada 2016

Mój kreatywny kącik, wizyta w IKEA.

08:20:00
Od dawna marzył mi się własny kącik. Wprowadzając się do kawalerki, myśleliśmy tylko o miejscu dla mojego M, który musiał gdzieś wykonywać swoją pracę. Szybko okazało się, że sama także potrzebuję kąta, gdzie mogłabym przygotowywać się do zajęć. Postanowiliśmy zmniejszyć jego przestrzeń, wywieźć niepotrzebne graty i przesunąć szafę. Szukając inspiracji czułam się jak dziecko. Stworzyłam nawet tablicę na Pinterest. Może będzie dla kogoś inspiracją?

Najważniejsze było biurko. Zaczęłam odwiedzać wszystkie sklepy meblowe w pobliżu, i powiem Ci, zawiodłam się. Moim marzeniem były białe meble, których nigdzie nie było, nie wspominając już o tzw. wysokim połysku. Zdesperowana rozważałam kupno przez Internet. Bardzo przypadły mi do gustu biurka skandynawskie od MEBEL Partner. Są dla mnie troszkę zbyt wąskie, ale przepiękne!
No i tak postanowiłam wybrać się do IKEA.

Pierwsza wizyta w IKEA. 

IKEA Katowice - IKEA Kraków, Google Maps
Nigdy wcześniej tam nie byłam. Nie rozumiałam zachwytów kobiet, żartów i historii o wyjazdach na zakupy do IKEA. Dla mojego M szalonym pomysłem była wycieczka 70km do Katowic lub 125km do Krakowa by obejrzeć biurka. Po wielu rozmowach udało się, ale wiesz co? Byłam pod ogromnym wrażeniem! Całkowicie inny, odmienny pomysł na sprzedaż mnie zachwycił. Gotowe pomieszczenia, z których spisuje się numery towarów uważam za strzał w dziesiątkę! To jak wycieczka po inspirację z darmową okazją do zakupów. Tak jak pewnie się spodziewasz, M nie podzielał mojego entuzjazmu, jednak przyznał, że jest tutaj taki wybór, iż nie wyobraża sobie meblowania mieszkania w innym miejscu. Docenił dużą ilość foteli, kanap i krzeseł, a do tego bardzo mi doradzał! Pomysł samodzielnego skomponowania biurka postawił ostatnią kropkę nad "i" przy moim zachwycie. Żałuję, że nie mają sklepu internetowego. Przynajmniej raz w roku warto tam pojechać.

Moja radość skończyła się w domu, po odpakowaniu elementów. Okazało się, że dwa są złamane i nie nadają się do zamontowania. Na szczęście prześlizgnęłam się bez problemów przez reklamację internetową oraz kontakt telefoniczny. Pomimo obietnicy dosłania zniszczonych elementów, następnego dnia wybrałam się do Katowic. Po pierwszych zakupach dostałam rabat, który wykorzystałam i od ręki wymieniłam połamane części. Nie wiem jak często zdarzają im się takie wpadki, lecz ta cała sytuacja nie obniżyła mojej oceny.

Tak wygląda mój kącik. Nie jest idealny, brakuje jeszcze paru małych przedmiotów pomagających w utrzymaniu porządku. Chętnie zrobiłabym też coś ze ścianą. Jestem bardzo szczęśliwa, praca stała się przyjemniejsza. Lubię otaczać się ładnymi rzeczami.
Masz takie swoje ulubione miejsce, w którym praca jest przyjemnością? Chętnie zobaczę! ;) Buziaczki. 

wtorek, 1 listopada 2016

Śmierć czworonożnego przyjaciela - cmentarze.

13:11:00
W czasie, gdy jesteśmy pochłonięci wspominaniem najbliższych, których już przy nas nie ma, sprzątaniem grobów, kupowaniem kwiatów i zniczy, chciałabym poruszyć temat, który nie jest mniej gorący niż dyskusje o Halloween.

Każda osoba posiadająca czworonożnego przyjaciela, wcześniej czy później spotyka się z bólem i żalem rozstania, który nie jest wcale lżejszy niż śmierć człowieka. Decyzję o uśpieniu Miśka musiałam podjąć sama, podczas wizyty u weterynarza. I chociaż nie byłam z nim związana tak bardzo jak teraz z Miką, nawet mój wewnętrzny głos mówiący o racjonalności decyzji, nie był w stanie powstrzymać ucisku w gardle i dławiącego płaczu. Przeraziła mnie myśl, że wystarczy jedno słowo, aby zakończyć życie niewinnej istoty. Utrata czworonoga jest zawsze wielkim ciosem a nasze prawo ani trochę tego nie ułatwia.

Pisząc ten post nie chciałam odpowiadać na pytanie co zrobić ze zwłokami czworonoga, i takiej informacji ode mnie nie otrzymasz. Nie wiem nawet czy ktoś podjąłby się tłumaczenia, co w takiej sytuacji zrobić. Sprawę reguluje parę różnych, czasami wręcz sprzecznych ze sobą przepisów, m.in. artykuły 8 i 12 rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (WE) nr 1069/2009 z 21 października 2009 roku. Pierwszy określa padłe zwierzęta jako odpad szczególnego ryzyka, który podlega przetworzeniu w zakładzie utylizacyjnym, a potem spopielaniu w spalarni. Drugi z artykułów mówi, że padłe zwierzęta domowe można poddać przetworzeniu w zakładzie utylizacyjnym, a następnie - jako popiół - składować je na składowisku. Martwy pupil nie może też trafić do lasu czy do własnego ogródka. Ponadto artykuł 3 Ustawy o utrzymaniu czystości i porządku w gminach nakłada obowiązek zatroszczenia się o martwe zwierzęta na samorządy. 

Miśka dostałam chwilę po jego śmierci w czarnym worku. Został zakopany na polu za domem. Nie wyobrażam sobie bym mogła oddać go do utylizacji. Rozumiem właścicieli, którzy w świetle dzisiejszego mało moralnego prawa szukają innych dróg. I tutaj dochodzę do tematu, który chciałam poruszyć - cmentarze dla zwierząt. 

W mieście, w którym mieszkam walka o cmentarz toczy się już od ponad 7 lat. Szukałam najbardziej aktualnego spisu cmentarzy dla zwierząt w Polsce i proszę: www.chwiladlapupila.pl. Jest ich na tę chwilę jedenaście. Znalazłam też artykuł opublikowany przez Wyborczą.pl o jednym z takich właśnie cmentarzy: www.lodz.wyborcza.pl. Tutaj znajdziesz też zdjęcia: www.expressilustrowany.pl. Takie miejsca na prawdę są bardzo potrzebne. Chcę mieć kiedyś możliwość godnego pochowania mojego przyjaciela.

Źródła i więcej informacji:
www.beskidzka24.pl
oraz podane powyżej.

niedziela, 9 października 2016

Koszt utrzymania psa.

08:06:00
Koszt zależy m.in. od wielkości czworonoga, rodzaju sierści, skłonności do chorób i wielu innych czynników. Policzę, ile sama wydaję na psa, pamiętając o ulubionych smakołykach i przedmiotach, które niekoniecznie można uznać za potrzebne. Wydatki podzielę na koszty stałe, jednorazowe oraz dodatkowe. Wszystko prócz karmy i obroży/szelek kupuję w sklepach internetowych. Nie jest to wpis sponsorowany, lecz zdecydowałam, że podrzucę Ci linki niektórych przedmiotów, które warte są zobaczenia. Zaczynając, należy wziąć pod uwagę fakt, że Mika to 3-letni psiak w typie West Highland White Terrier, ważący w okolicach 8-9 kilogramów. 

KOSZTY STAŁE

1. Sucha karma.
Gdy Mika była szczeniakiem zajadała Purinę, która kosztowała mnie średnio 1,26zł na dzień. Od momentu, gdy skończyła rok przerzuciłyśmy się na Taste of the Wild, za którą płacę prawie 1,7zł dziennie. Karmę kupuję w sześciokilogramowym opakowaniu za 104,79zł. Zakładając, że Mika je codziennie suchą karmę, dokładnie w ilości przewidzianej w tabeli na odwrocie opakowania, odżywianie jej kosztuje mnie prawie 620zł rocznie. Na szczęście obliczenia te są dalekie od rzeczywistości. W ciągu roku zazwyczaj kupuję 3 opakowania karmy, za które płacę niecałe 314zł. Resztę nadrabiamy jedzeniem gotowanym.

2. Szczepienie obowiązkowe - wścieklizna, tabletka odrobaczająca.
Niektórzy uważają, że cena szczepień jest za wysoka. Przeglądając fora wpadłam na stronę Krajowej Izby Lekarsko-Weterynaryjnej, na której (mam nadzieję, że w żarcie!), przeciwko wszystkim narzekającym zamieszczono kalkulację kosztów szczepienia. Kliknij w to zdanie, by pobrać kosztorys w pdf. 

3. Woreczki na odchody.
Staram się na nich najbardziej oszczędzać. Zamawiam je przy okazji i zawsze dokładnie liczę, która wersja oferowana w sklepie jest najbardziej atrakcyjna. Szybki ranking na sierpień 2016r ;)
i dla odmiany

Ponieważ karmę liczyłam w skali roku załóżmy, że cztery paczki wystarczą (w najtańszej opcji kupujemy 80 woreczków po 9zł) co daje 36zł.

4. Obroża przeciwpchelna/kropelki - 37zł. 

5. Smakołyki.
Mika bardzo lubi mini kosteczki z drobiem, jagnięciną iflakami - 7,50zł, ciasteczka wątrobowe - 23zł, zjadalna pasta dla psów dozabawek KONG- 27zł, które kupuję średnio dwa razy w roku. Częściej kupujemy naturalne smakołyki Planet Pet, które Mika wręcz kocha. Najbardziej lubi kurczaka z jabłkiem, za które płacę 11,90zł. Opakowanie starcza na dwa miesiące, co daje wydatek prawie 72zł rocznie. Do jednej z zabawek KONG, z której wypadają smakołyki kupuję karmę Alpha Spirit, która pakowana jest zawsze do małych opakowań po 210g. Cena zależy od smaku, więc przyjmijmy 11zł za opakowanie, które starcza na dwa miesiące. Po podliczeniu cen wszystkich ulubionych smakołyków Miki, ukazuje się zawrotna suma 253zł. Ale przecież to nie wszystko. Zdarza mi się kupować w mięsnym wędzone nogi wieprzowe po 0,50zł za sztukę oraz smakołyki dla zdrowych ząbków. Jeśli uznam, że wydaję ponad 300zł rocznie na smakołyki, nie będzie to dalekie od prawdy.

6. Trymowanie - 100zł x 3 = 300zł

KOSZTY JEDNORAZOWE

1. Etui na woreczki na odchody - 15,10zł.

2. Legowisko.
Od 30zł za malutkie posłanie o wymiarach 12x29cm po eleganckie budy za parę tysięcy. Zawsze można zacząć od zwykłego starego koca. Pierwsze posłanie Miki składało się z koca i jasia. Teraz mieszka w budzie za 119zł.

3. Dwie miski.
Od najtańszych kolorowych, plastikowych miseczek za 6zł do kilkuset złotych za fontanny ;) Nasze ceramiczne kosztowały 48zł.

4. Zabawki.
Na zabawkach można najbardziej oszczędzić, ale i najwięcej stracić. Niektórzy uważają, że do dobrej zabawy wystarczy kamień czy patyk i właściciel. Oczywiście w pełni się z tym zgadzam, lecz nie czarujmy się, do pracy każdy chodzić musi, a szczeniak w domu potrzebuje czymś się zająć. Dobrze by było, gdyby wersalka nie odgrywała roli pluszaka a plastikowa miska kolorowego frisbee.
Wszystkie misie, które posiada Mika są, albo moje, albo kupowane w sklepach z używaną odzieżą po 1-5zł. Prócz tego posiada: dwie zabawki KONG, które kosztowały w sumie 90,90zł, frisbee za 21zł oraz piłkę za 23,90zł. Podsumowując mamy prawie 150zł.

5. Inne drobiazgi:
  • smycz, obroża/szelki, kaganiec,
  • obcinaczki do pazurków,
  • grzebień.


KOSZTY DODATKOWE

Abym miała pewność, że o niczym nie zapomniałam przeglądałam wpisy innych blogujących. Myślałam, że mam przysłowiowego fioła na punkcie mojego psa. Widzę jednak, że moje wydatki to nic w porównaniu z szaleńczymi zakupami innych. Mam wrażenie, że to trochę taka zabawa, którą nazwałabym: czego jeszcze nie mam? Pamiętajmy o zdrowym rozsądku ;) 

W kosztach dodatkowych możemy umieścić wizyty weterynaryjne w razie chorób, leki, ubezpieczenie, paszport, sterylizacja/kastracja, oraz rzeczy mniej potrzebne np: plecaczek, miska i bidon podczas podróży, pasy bezpieczeństwa do samochodu, wiklinowy kosz na rower i wiele innych. 

PODSUMOWANIE

Takim sposobem dobrnęliśmy do końca. Wydałam na mojego psa ponad 3000zł, choć pewnie o wielu rzeczach jeszcze zapomniałam. Aż się boję, ile będę wydawała na swoje dzieci ;) Widzę u siebie zależność, im bardziej kocham tym bardziej rozpieszczam ;D Tak więc, zakładając, że Mika będzie żyła 12 lat mój budżet uszczupli się o ponad 12 000zł. Ale wiecie co? Warto! 

Kończąc w ten jakże miły sposób serdecznie Cię żegnam i zapraszam do przeczytania innych wpisów. Buziaczki! ;)

niedziela, 2 października 2016

Historia „Pierwszego Lasu” i cenne wskazówki.

05:38:00
Jak już wspominałam w pierwszym wpisie, w moim małym lasku nie obyło się bez trzęsień ziemi i innych kataklizmów. Zaraz po umieszczeniu roślin na odpowiednich miejscach, niezauważalny tajfun w postaci ręki Karoli dokonał dosłownego wywrócenia świata do góry nogami. Moje godzinne układanie trafił szlak, ale jak to w naturze i życiu bywa, aby wstał dzień najpierw musi przyjść noc. Kamyczki i kawałki drewna same ułożyły się jak im wygodnie. Las przeżył.

Następnego dnia zostawiłam mój las na oknie od strony południowej. Wystarczyła godzina, by temperatura wzrosła a powietrze stało się ciężkie i parne. Wszystkie roślinki szybko skurczyły się przed ostrymi promieniami słońca. Myślałam, że to już koniec. Tyle serca i czasu włożyłam w tą małą żarówkę, a przez nieuwagę i bezmyślność miałam stracić wszystko już następnego dnia. Czemu się dziwię? Przecież te roślinki na wolności rosły sobie spokojnie w cieniu drzewa. Odkręciłam zakrętkę, którą wcześniej zabrałam butelce soku wiśniowego i przewietrzyłam żarówkę. Pomyślałam, że szybka wymiana powietrza zdziała cuda i miałam racje. Teraz wiem, że mój kawałek lasu jest wytrzymały i nie boi się niczego.

Aktualnie las znalazł swoje miejsce na stole, do którego docierają przez firankę resztki południowych promieni słońca. Nadal posiada mało zgrabną zakrętkę od soku, którą w najbliższym czasie chcę zmienić na korek. Nie zdecydowałam się zamknąć go na zawsze. Zauważyłam, że po zakręceniu żarówki, rośliny potrzebują podlewania raz na dwa lub trzy miesiące, co całkowicie mnie satysfakcjonuje. W moim małym mieszkaniu jest zbyt niebezpiecznie. Boję się, że przy nieodpowiednim posunięciu las umrze, a ja nie będę miała do niego dostępu.

Pozbyłam się drewienka, na którym pojawiła się pleśń, suchego liścia i małych szyszek, które zaczęły gnić. Zostały dwa małe kamyczki. Następnym razem pominęłabym te wszystkie drobiazgi. Przecież to nie miało być akwarium z pniem, zamkiem i muszelkami! ;)

Niedawno, jeden gatunek mchów stracił swój zielony kolor i lekko zbrązowiał. Postanowiłam się tym nie przejmować, może nadszedł już czas jego snu. Inna odmiana mchów ładnie rośnie, paproć także daje radę. Jestem bardzo ciekawa, jak zachowa się las z nadejściem zimy.

Wskazówki 

1. Gdybym miała jeszcze raz stworzyć las, na pewno na początku zaczęłabym od mniej skomplikowanego naczynia. Żarówka przysporzyła mi wielu problemów. Po pierwsze miałam kłopot ze znalezieniem odpowiednich narzędzi, by sprawnie zasadzić roślinki. Po drugie ciężko było zaradzić turlaniu. Do tej pory żarówka stoi na szkaradnym stojaczku z drutu, bo nie wymyśliłam jeszcze nic bardziej bezpiecznego ale i ładniejszego.
2. Wybierz odpowiednie rośliny, które lubią czasami być mokre. Takie, które w środowisku naturalnym żyją obok siebie. Swoją drogą... ciekawa jestem czy mały storczyk dałby radę w takich warunkach.
3. Sadź rośliny tak, by nie dotykały ścian. Nie umiem tego wytłumaczyć, lecz wszystkie części paproci, które dotykały szklanej powierzchni uschły. Pozostałe mają się świetnie.
4. Pomiń wszelkie listki i kawałki drzew, które mogą spleśnieć.
5. Szybko po zamknięciu lasu, na ściankach pojawiły się kropelki wody. Zwilżyły delikatnie roślinki i zniknęły. Dzieje się tak od czasu do czasu. Przypuszczam, że temperatura wewnątrz żarówki jest wtedy wyższa. Po paru godzinach wszystko wraca do normy. Jeśli wody byłoby za dużo, tak, że zlewałaby się po ściankach, odkręć naczynie i zostaw otwarte na godzinę.
6. Zauważyłam, że mój las nie lubi parapetów. Woli miejsce na stole, które jest chronione przed słońcem przez firankę. Gdybym miała taką możliwość postawiłabym go od zachodniej lub północnej strony.
7. Nie podlewaj lasu zbyt dużo. On na prawdę nie potrzebuje nadopiekuńczego rodzica. Zdecydowałam się podlać roślinki, gdy ziemia była już całkiem sucha.

Nie zapeszając, las żyje i ma się dobrze. Ścianki są trochę przyprószone ziemią, po licznych katastrofach. Jeśli w żarówce coś się zmieni, na pewno Cię o tym poinformuję i uaktualnię ten wpis.

Galeria pierwszego lasu.

1. Nasze pierwsze wspólne dni - 5 sierpnia 2016r.
2. Pierwszy Las po dwóch miesiącach - 2 października 2016r.


FOLLOW @ INSTAGRAM

Najnowsze posty

recentposts

Kontakt

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *